Balder Trip
Z końcem lata 2006 grupa koszalińskich miłośników balderingu wpadła na pomysł wspólnego wyjazdu - wstępnie za cel obrano Francję, a cały plan zaczął się krystalizować pod koniec września. Niestety prężny do tej pory skład (w pewnym momencie był nawet nadmiar chętnych) zaczął topnieć w oczach i ostatecznie na placu boju pozostali jedynie Marcin Dąbrowski oraz niżej podpisany Waldek Mazurek. Widmo totalnej klapy było wręcz namacalne - ale co złego, to nie my! Po burzliwych rozmowach zapadła decyzja, aby zrobić sobie odprężający objazd południowych rubieży Polski z dwoma crashpadami w bagażniku…I tak się właśnie stało - w środku jednej z październikowych nocy wyruszyliśmy w podróż mając jedynie mgliste pojęcie o tym, gdzie chcemy jechać. A że mgliste pojęcie zostało zintensyfikowane przez momentami zerową widoczność na drodze (mgła połączona ze smogiem), to nasz wyjazd stał się jeszcze bardziej abstrakcyjny, niż to sobie planowaliśmy.
Jednakże, wzmocniwszy się poranną kawką doszliśmy do wniosku, że obieramy kierunek południowy ze wskazaniem na rejony okołokrakowskie, tj. Ciężkowice i Muchówka. Po dotarciu na miejsce nieco zrzedły nam miny, jako że zamiast oczekiwanej lampy był deszcz… Trzeba przyznać, że niezbyt silny to był opad, jednak na tyle nieustępliwy, że o wspinaniu można było zapomnieć. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko spozierać na denka od kufli próbując wywróżyć pogodę na dzień kolejny. Niestety, jak powszechnie wiadomo, nadzieja matką głupich… Kolejnego dnia spacerowaliśmy po lesie, dotykaliśmy mokrej skały i rozmyślaliśmy nad dalszym rozwojem wypadków. O poranku opuściliśmy (w deszczu - a jakże!) ten uroczy rejon Polski kierując się ku nie tak odległej Kotlinie Kłodzkiej.
Od tego momentu szczęście zaczęło się do nas uśmiechać, bowiem już po drodze ukazało się nam piękne Słoneczko. Na Hejszy mieliśmy dwa syte dni balderowe przetykane spacerami tu, i tam… Tutejszy piaskowiec ma cudne właściwości tarciowe, a przez to nie ma potrzeby używania magnezji. Zresztą władze PNGS (Park Narodowy Gór Stołowych) surowo tego zabraniają - w sumie sam baldering też jest w Parku zabroniony. Na szczęście można wyszukać ciekawe miejscówki także poza terenami Parku, a przynajmniej nam się to udało. Zapewne tylko dzięki temu, że na przełomie maja i czerwca 2006 spędziłem w tych okolicach sporo czasu - teoretycznie w celach służbowych, ale buty i pada miałem ze sobą
Nasze dalsze plany balderowe krążyły w okolicy Sokolików, toteż dzień restowy przeznaczyliśmy na przejazd z Kotliny Kłodzkiej w ten właśnie rejon skalny.
A że bliżej było nam przez Czechy, to po drodze zajrzeliśmy do Teplic pooglądać tamtejsze piaskowce. Co tu dużo pisać - szczęki opadły nam do ziemi na widok takiego nagromadzenia skalnych cudów! Mamy poważny plan, ażeby tam wrócić - tym razem z liną… Nie za bardzo chciało nam się stamtąd ruszyć, no ale w Sokolikach tez mieliśmy swoje cele - toteż guzdrząc się niesamowicie poturlaliśmy się dalej. O zakupach przed granicą oczywiście nie zapomnieliśmy
W ciągu kolejnych dwóch dni znowu pogoda nam sprzyjała, co skapliwie wykorzystaliśmy - bawiliśmy się świetnie zarówno na niskich formach, jak i z liną, którą Marcin na wszelki wypadek zapakował do samochodu. Pod koniec drugiego dnia nie mieliśmy już siły, ani skóry na palcach - w związku z tym powzięliśmy decyzję o powrocie nad morze jeszcze tego samego dnia. W Koszalinie byliśmy nieco po północy, wielce zadowoleni z tego spontanicznego wypadu. Z pewnością będziemy je powtarzać, bowiem rejony, które zobaczyliśmy warte są stałych odwiedzin…
Fotki do obejrzenia w naszej galerii. // Waldas
Możesz zostawić komentarz, bądź też śledzić wpis - RSS